deszczu strugi przemoczyly baggy jeansy
moze to byly slone lzy mojej matki
a pioruny zagluszyly bolu krzyki
ja nie chce zyc tak jak oni
bo mam w sercu marzenia gornolotne jak boeing
mam te kamienie w kieszeniach
niechaj poniesie mnie chodnik
wszedzie wejde jak szkodnik
urodzilbym sie jeszcze raz gdybym tylko mogl
dal mi poprowadzic nowy woz
wolalbym nie miec komputera
by ich tylko nie rozdzielac
zacinam sie jak telewizor
czemu takie liche cialo dal mi dobry bog? czemu
kiedys znajde przyjaciela w kartce
i ze lzami w oczach jej wszystko opowiem
ciagle budza mnie koszmary
pamietam jak pizgalo zima
moje zycie to nie roztanczony la la land
goryczy smak w ryju zatuszowal skret
a ja eklektycznie egzystencje kleje
stoje za mikrofonem i sie boje ci pokazac co mam w srodku
bo ulica zjada slabych w zarodku
stoje sam z reklamowka na zarobku
i patrze na twoja torebke
potem skuc sie jointem i zaczac od poczatku
obudzic sie samotnie i znow czekac do piatku