z tej najciemniejszej czelusci kosmosu pedze jak kula
skrzydla sie mienia jak gejzer spod lodu enceladusa
co roku temperatura na ziemi wzrasta stopniowo
widzialem wielkie powodzie
zniszczone miasta pod woda
za dnia sie bratam z trwoga
wpadam w mrok zadzgac kogos
jak gwiazda noca spogladam z gory na ludzkosc
jestem jednoczesnie wczoraj
jednoczesnie dzis i jutro
jak piescia rozbite lustro - widze tysiacem oczu
gdzies dotknela plaga ziem
bratobojcza walka do krwi dla ochrony
do drzwi zabobonna masa modli sie do nowych bozkow
kapelusz grzyba nad miastem przykrywa wiezowce cieniem
smierc niesie kres ziemskich rol
lecz uciekinier patrzac wstecz tu nie zmieni sie w ziemi sol
i kazdy nowo mianowany krol padnie jak ten poprzedni
widzialem to raz za razem
daj wiare tej przepowiedni
jestem jednoczesnie wczoraj
w dyspozycji czasoprzestrzen mami
ludzkosc garnie sie do tanich chwytow
pytam sie czy mial racje ten
co dal tej rasie racje bytu
jesli wierzysz w ktores z bostw
pozostawie po was kamien z napisem i bukiet roz
bulletproof chce byc kazdy
kazdy z was zatanczy kankan w kosciotrupim moulin rouge
gdzie zaprzestaje serce bic
widzialem jak trup gesto sciele sie na wojnie
gdzie podobni mi przyjda posprzatac
gesta krew z blotem na zmeczonych gasienicach czolgow
mam dosc juz waszej glupoty
ogladam z gory swiat okiem
ktore niose w swym dziobie
zgadnij czyim koncem jest
gdy przemierzasz styks z charonem
gdy na brzegu mu nie styka monet
wszystkie kompasy szaleja tak jakby chcialy odleciec
dla moich czarnych podniebien obce jest slowo konformizm