gdy odchodzi dusza bratnia zadne lzy czasu nie cofna
na prerii zwanej samotnia
wspominam dni kiedy wszystko bylo proste
zanim uliczne gry poranily niczym kolce
by moc znowu cie usciskac
kazdy gram ciazy okrutnie
ze przez ten szajs wylapales za mnie kulke
w kazdej minucie widze twoje martwe oczy
tez go czuje - doskwiera mi kazdej nocy
jak trucizna toczy sie przez zyly
to nowy wymiar samotnosci
tesknoty slony smak jak rwaca rzeka plynie
ten swiat jest gowno wart kiedy nie ma ciebie przy mnie
znowu pije sam i rozliczam wszystkie grzechy
zalewa mnie gorzki przesyt
ku pamieci twej slona lza spada na bruk
spotkamy sie tam na szczycie gory
obciazone od dzieciaka bary
te losu dary przeklete niczym pandory puszka
w testamencie tylko pustka
pada mi trzustka od koktajlu
chcialbym sobie strzelic w leb
rozplynal sie jak ty w tym plugawym miescie zbrodni
zostalem z nimi jak palec
jesli nadejda wzloty to nie bede mial z kim szalec
w rozpaczy szale resztki mostow pale bez powrotu
ktore dzis stracilem w mroku?
moglo byc jak balet nikt mnie nie nauczyl krokow
znowu pije sam i rozliczam wszystkie grzechy
zalewa mnie gorzki przesyt
ku pamieci twej slona lza spada na bruk
kostucha tropi bezlitosnie
nadzieja by sie obudzic rano
bo nieunikniona jak pochowek
byc twoim dozgonnym druhem
slysze za uchem szepty to demony smieja sie do bolu
samozwanczy krolu szczurow
gdy popelnie grzech smiertelny
zapisuje chwile i przy twoich zwlokach klekam
widzimy sie u bram piekla